ma do tego Shipley?

zdziwiło się, jak trudno jest pić z obolałym i ściśniętym gardłem.
an43
mogliby pomóc w osiągnięciu celu.
- Czego byś szukała?

- Jutro spróbuję odszukać tę kobietę w Nowym Meksyku -
Muszę wziąć się w garść. Zostawił mnie. Może pójdę do tej Armii
upierdliwy osobnik pojął, jak bardzo niemądrze jest zadzierać z senior
407
- Z nikim.
32
zdecydowany uścisk czyjejś ciepłej dłoni na łokciu. Odwróciła się i
więcej niż Milla. Pełen życia człowiek z kilkoma zmarszczkami w
nie mając nawet swetra, dopóki nie zgarnął go z ulicy przejeżdżający

- Och, mamusiu...

ułamku sekundy całą wypracowaną pewność siebie.
W tym stroju wyglądała kobieco, a zarazem profesjonalnie. Zawsze
Diaz nie znajdzie legalnej pracy, w której atutem i zaletą będą jego

an43

Lizzie, wstając.
Clare pokręciła głową i przestała masować.
- Lulu... Lulu prosiła, żebym została - bąkała

W jego wyobraźni ona zawsze była zmysłowa i uwodzicielska. Z zachowania bardziej przypominała ich córkę. Stworzył sobie własną historię, w której Lucretia go pragnęła, niecierpliwie chciała się z nim kochać, była wilgotna, ciepła i gotowa, wiła się pod nim i rzucała. Poruszył odruchowo biodrami. Jego skóra była lepka od potu. - Rex? - Głos, słodki kobiecy głos, dobry i miły. Głos Lucretii... - Rex? Znowu go woła. Otworzył oczy i dotarło do niego, gdzie jest. Leży sam. Na łóżku Angie. Jest lekko pijany i wyobraża sobie żonę. Kobietę, która nie żyje od wielu lat. Wstał z łóżka i uderzył kolanem w nocny stolik. Rozległ się brzęk. Szklanka spadła na podłogę. Markowa whisky z Kentucky rozbryznęła się na ścianę, łóżko i stolik. Próbował wstać z klęczek. Zastanawiał się, jak się z tego wytłumaczy. Wtedy ją zobaczył. - O Boże - wyszeptał, podnosząc głowę. Do jego domu, do jego prywatnego życia jakimś cudem wtargnęła Sunny. Stała w drzwiach. Była okrąglejsza niż kiedyś, na jej twarzy pojawiły się zmarszczki, włosy jej posiwiały, ale nadal miała niezniszczalną zdolność zaglądania w najgłębsze zakamarki jego duszy. - Co ty tu robisz? - Cały czas klęczał. - Przyszłam się z tobą zobaczyć. - Po co? Stała dumnie w drzwiach. - Powiedziałam Cassidy o Buddym. Kim jest i że jest z nią spokrewniony. - O Boże, Sunny, dlaczego? - niemal jęknął, przerażony. Przejechał rękami po podłodze. Szkło wbiło mu się w rękę. - Zwariowałaś? Patrzyła mu odważnie w oczy. - Ty najlepiej ze wszystkich wiesz, że jestem zdrowa. - Ale obiecałaś... - Cassidy i tak domyślała się prawdy, z tego co ty jej powiedziałeś. Na pewno powie Chase’owi. - Odetchnęła powoli. - Ona szuka, Rex, chce uporządkować swoje życie, swoje małżeństwo, chce znaleźć rozwiązanie zagadki pożarów. To był najwyższy czas. - A Dena? - Jego kłamstwa zaczynały kolejno wychodzić na jaw. Krew kapała na podłogę, mieszając się z whisky i kłębami kurzu, który zebrał się pod łóżkiem. - Dena o nas wie. - Ale nie wie, że Willie to Buddy. - Wszystko będzie dobrze, Rex. - Sunny rzuciła laskę na podłogę, weszła wyprostowana do pokoju i pozbierała rzeczy z nocnego stolika do pudełka. Ujęła jego dłoń w swoje, oczyściła ranę i powyciągała kawałki szkła z jego ręki. - Chyba zbyt długo żyliśmy w kłamstwie. - Powoli podniosła jego rękę do swoich ust i złożyła pocałunek na jego dłoni, smakując krew. Pocałunek dawnej namiętności, nowego zaufania i pewności. - Nie bój się, Rex - powiedziała kojącym głosem. Spojrzała na zmiętą pościel i ból przesłonił jej oczy. - Wszystko będzie dobrze. Tylko musisz mi pomóc... - Mówię tylko, że to nie wypada. - Felicity zapięła na ręce złotą bransoletkę i przejrzała się w lusterku. Pod oczami pojawiły się pierwsze zmarszczki i musiała co tydzień farbować włosy. Jeżeli kurze łapki staną się bardziej widoczne, będzie musiała zrobić sobie operację plastyczną. Ciężko pracowała, żeby utrzymać zgrabną figurę, doskonałą twarz, chociaż wiedziała, że to bezcelowa walka. Jej mąż, pachnący brandy, opierający się zuchwale o futrynę i tak jej nie zauważał. - Nie obchodzi mnie, co wypada - warknął Derrick. - Zawsze nie cierpiałem Chase’a McKenziego, więc dlaczego teraz miałbym udawać? - Zanurzył rękę w kieszeni i wyjął paczkę marlboro. Zapalił papierosa. Dym unosił się leniwie przed jego oczami. - Jest twoim szwagrem. - Moim przyrodnim szwagrem, czy jakimś tam przyszywanym. Ta rodzina jest tak pochrzaniona, że nie mogę się połapać. - Uważaj na słowa. Linnie stoi na korytarzu. - Kiedyś ci się podobały moje brudne gadki. - W łóżku. Kiedy szeptałeś, a nie wrzeszczałeś jak pijany marynarz. - Znałaś mnie, kiedy za mnie wychodziłaś. Źle powiedziane. - Wziął szklankę z alkoholem do tej samej ręki, w której trzymał papierosa. - Kiedy mnie zmusiłaś, żebym się z tobą ożenił. - Ja nie... - Oczywiście, że tak. Nie musiałaś zajść w ciążę. Pamiętasz? Wcześniej też ci się zdarzyło i się tym zajęliśmy. A potem pobiegłaś do tatusia. - Chciałam dziecka. - Wyprostowała się z dumą. - Chciałaś zostać żoną Derricka Buchanana. - I udało się, prawda? Oboje kochamy dziewczynki.

- Czemu nie? Przecież chcę pomóc, prawda? Keenan
poza tym, że masz chyba pęknięte żebro, co
powiedział Keenanowi nieco więcej, niż ten zdążył